Jeśli macie ochotę na dużą dawkę słońca, niespieszne zwiedzanie, swojskie klimaty, dobre, białe wino lub piwo i świeże ryby z pieczonymi ziemniakami lećcie na weekend do Lizbony! Bez trudu i pośpiechu można ją zwiedzić w dwa dni trzeci rezerwując na pobliską Sintrę. To, co mnie zachwyciło to błękit nieba, przepiękne widoki ze wzgórza, słońce, które miło grzało, palmy, totalny brak pośpiechu i ceny wina. Lizbona jest przyjazna, swojska, chwilami przypomina włoskie miasteczka ze sznurami prania wywieszonymi za okna. Kolorytu i niepowtarzalnego charakteru nadają jej domy, jedne obłożone słynnymi kafelkami azulejos o różnych wzorach i kolorach, inne jaskrawo pomalowane. Przejażdżka tramwajem po wąskich, krętych i stromych uliczkach Alfamy to przeżycie wyjątkowe, frajda ogromna!
Sklepy i bary przypominają polską rzeczywistość z lat 90-ych, żadnego zadęcia ani paryskiego szyku. Świąteczne dekoracje pełne są kiczu a Mikołaje pocą się w słońcu.
Są w Lizbonie i dzielnice zadbane, przestrzennie zaplanowane z szerokimi bulwarami wysadzanymi palmami i pięknymi, wzorzystymi chodnikami wykładanymi kostką. Trzeba jednak patrzeć pod nogi, bo są tak krzywe i śliskie, że aż strach. Nie umiem sobie wyobrazić, jak spaceruje się po nich gdy jest mokro. Za to chodniki w starej części miasta są często tak wąskie, że ledwo jedna osoba może nimi przejść. Są i takie ulice, gdzie nie ma ich wcale, za to jest ruch samochodowy. Turyści o słabych nerwach ( przyznaję, że piszę również o sobie) przywierają czasem plecami do murów gdy mija ich autobus lub tramwaj.
Żeby wyjazd był naprawdę udany potrzebuję jeszcze jednego elementu czyli jedzenia. Cóż, w tej kwestii nie będę się rozpisywać, bo nie lubię o jedzeniu pisać źle. Portugalskie specjały ( kto o nich słyszał?) nie zachwyciły mnie, mówiąc oględnie. Wyjątek stanowi pata negra czyli aromatyczna, suszona szynka. Żeby dobrze zjeść należy zamówić ryby lub owoce morza - satysfakcja gwarantowana! Przyznam, że nie brakuje dobrych restauracji, ale ceny są tam paryskie. Polecam Solar dos Presuntos, gdzie zjadłam najlepszy w życiu czarny ryż z owocami morza!A do tego wszędzie można napić się porządnej kawy, tak mocnej, że nawet we Włoszech takiej nie piłam. Cena espresso w najsłynniejszej kawiarni Brasileira to 1euro, przyjemnie, prawda?
Jeśli więc macie dość jesiennej szarugi, zimna i dni tak krótkich, że można ich nie zauważyć, to z całego serca życzę Wam krotkiego wypadu do Lisbony, gdzie naładujecie akumulatory, nacieszycie oczy kolorami, przy odrobinie szczęścia nie skręcicie nogi, jadąc starym, drewnianym tramwajem poczujecie się jak dzieci na kolejce górskiej, a odwiedzając pobliską Sintrę przeniesiecie się w świat zamków tak dziwacznych, że aż trudno uwierzyć w to, co jawi się przed oczami.
Szykując się do tego wyjazdu korzystałam z bloga Trawelling Milady, pozdrawiam Cię gorąco, i Simplicite. Znajdziecie tam praktyczne wskazówki i inne fachowe rady.
A teraz już pora przenieść się na chwilę do Lizbony. Zapraszam!
Wejście do słynnej kawiarni. Do kawy należy zamówić pastel de nata, najpopularniejsze ciasteczko Portugalii, mała tarteletka z ciasta francuskiego z kremem jajecznym.
Tutejszy przysmak. Rodzaj klopsa z ziemniaków i suszonego, solonego dorsza, tu w wersji z żółtym serem w środku. Do tego słodkie wino porto. Nie pytajcie, czy smakowało.
Największe zaskoczenie - wszechobecne tuk tuki.
Widok na Lisbonę z murów Castelo S.Jorge.
Widok na uroczą Sintrę, gdzie królowie portugalscy oraz możni tego świata od 1000 lat wznosili swe zamki.
Pałac Pena, jak trafnie nazwała go Travelling Milady, Disnayland dla dorosłych.
A to już w innym zamku Quinta da Regaleira.
Dziękuję za odwiedziny!