3 grudnia 2015

Lizbona - recepta na jesienną chandrę!

Jeśli macie ochotę na dużą dawkę słońca, niespieszne zwiedzanie, swojskie klimaty, dobre, białe wino lub piwo i świeże ryby z pieczonymi ziemniakami lećcie na weekend do Lizbony! Bez trudu i pośpiechu można ją zwiedzić w dwa dni trzeci rezerwując na pobliską Sintrę. To, co mnie zachwyciło to błękit nieba, przepiękne widoki ze wzgórza, słońce, które miło grzało, palmy, totalny brak pośpiechu i ceny wina. Lizbona jest przyjazna, swojska, chwilami przypomina włoskie miasteczka ze sznurami prania wywieszonymi za okna. Kolorytu i niepowtarzalnego charakteru nadają jej domy, jedne obłożone słynnymi kafelkami azulejos o różnych wzorach i kolorach, inne jaskrawo pomalowane. Przejażdżka tramwajem po wąskich, krętych i stromych uliczkach Alfamy to przeżycie wyjątkowe, frajda ogromna! 
Sklepy i bary przypominają polską rzeczywistość z lat 90-ych, żadnego zadęcia ani paryskiego szyku. Świąteczne dekoracje pełne są kiczu a Mikołaje pocą się w słońcu.
Są w Lizbonie i dzielnice zadbane, przestrzennie zaplanowane z szerokimi bulwarami wysadzanymi palmami i pięknymi, wzorzystymi chodnikami wykładanymi kostką. Trzeba jednak patrzeć pod nogi, bo są tak krzywe i śliskie, że aż strach. Nie umiem sobie wyobrazić, jak spaceruje się po nich gdy jest mokro. Za to chodniki w starej części miasta są często tak wąskie, że ledwo jedna osoba może nimi przejść. Są i takie ulice, gdzie nie ma ich wcale, za to jest ruch samochodowy. Turyści o słabych nerwach ( przyznaję, że piszę również o sobie)  przywierają czasem plecami do murów gdy mija ich autobus lub tramwaj. 
Żeby wyjazd był naprawdę udany potrzebuję jeszcze jednego elementu czyli jedzenia. Cóż, w tej kwestii nie będę się rozpisywać, bo nie lubię o jedzeniu pisać źle. Portugalskie specjały ( kto o nich słyszał?) nie zachwyciły mnie, mówiąc oględnie. Wyjątek stanowi pata negra czyli aromatyczna, suszona szynka. Żeby dobrze zjeść należy zamówić ryby lub owoce morza - satysfakcja gwarantowana! Przyznam, że nie brakuje dobrych restauracji, ale ceny są tam paryskie. Polecam Solar dos Presuntos, gdzie zjadłam najlepszy w  życiu czarny ryż z owocami morza!A do tego wszędzie można napić się porządnej kawy, tak mocnej, że nawet we Włoszech takiej nie piłam. Cena espresso w najsłynniejszej kawiarni Brasileira to 1euro, przyjemnie, prawda?
Jeśli więc macie dość jesiennej szarugi, zimna i dni tak krótkich, że można ich nie zauważyć, to z całego serca życzę Wam krotkiego wypadu do Lisbony, gdzie naładujecie akumulatory, nacieszycie oczy kolorami, przy odrobinie szczęścia nie skręcicie nogi, jadąc starym, drewnianym tramwajem poczujecie się jak dzieci na kolejce górskiej, a odwiedzając pobliską Sintrę przeniesiecie się w świat zamków tak dziwacznych, że aż trudno uwierzyć w to, co jawi się przed oczami.
Szykując się do tego wyjazdu korzystałam z bloga Trawelling Milady, pozdrawiam Cię gorąco, i Simplicite.  Znajdziecie tam praktyczne wskazówki i inne fachowe rady.
A teraz już pora przenieść się na chwilę do Lizbony. Zapraszam!























Wejście do słynnej kawiarni. Do kawy należy zamówić pastel de nata, najpopularniejsze ciasteczko Portugalii, mała tarteletka z ciasta francuskiego z kremem jajecznym.


Tutejszy przysmak. Rodzaj klopsa z ziemniaków i suszonego, solonego dorsza, tu w wersji z żółtym serem w środku. Do tego słodkie wino porto. Nie pytajcie, czy smakowało.


Największe zaskoczenie - wszechobecne tuk tuki.




Widok na Lisbonę z murów Castelo S.Jorge.


Widok na uroczą Sintrę, gdzie królowie portugalscy oraz możni tego świata od 1000 lat wznosili swe zamki.

 Pałac Pena, jak trafnie nazwała go Travelling Milady, Disnayland dla dorosłych.




A to już w innym zamku Quinta da Regaleira.




Dziękuję za odwiedziny!

22 listopada 2015

Z paryskiej piekarni

Ciasta i ciasteczka jak dzieła sztuki, cukiernie wyglądające jak ekskluzywne butiki, piękne, szklane gabloty, opakowania godne biżuterii - oto słodki paryski raj. Cukiernicze cudeńka godne stołów królewskich dostępne są dziś również w zwykłych piekarniach. Konkurencja jest ogromna! Blisko mego domu jest ich aż 5, odległych od siebie zaledwie o kilkadziesiąt metrów i we wszystkich jest ruch! Wśród sprzedawanych pyszności królują bagietki i rogaliki, ale każda piekarnia proponuje również słodkie wypieki zwane viennoiserie głównie z ciasta francuskiego, które dzieci jadają chętnie na podwieczorek a pozostali od rana do wieczora ;) To jednak nie wszystko. W każdej piekarni można kupić też ciasta i ciasteczka i, wierzcie mi, jest w czym wybierać. Tradycyjnie Francuzi kupują słodkości na niedzielny deser. Wybór nie jest prosty, ponieważ wszystko jest piękne, kusi ferią barw i smaków. Na szczycie paryskich wypieków są oczywiście słynne makaroniki, ale one zasługują na oddzielne potraktowanie. Dziś zapraszam Was na małe, niedzielne co nieco ze zwykłej, paryskiej piekarni.  Nie oglądajcie tego " na głodniaka" ;)) Nie biorę na siebie odpowiedzialności za niekontrolowane napady łakomstwa. Zapraszam!




Słynne ciasteczko truskawkowe, występuje również w kilkuosobowym wariancie. Smakuje jak lekki i puszysty tort śmietanowy a do tego jest pełen świeżych truskawek.


Tarteletka cytrynowa z bezą, czyli klasyka gatunku.


Mus z ciemnej czekolady z gruszkami na chrupiącym spodzie.


Lekki i puszysty mus czekoladowy w ciemnej polewie.


Słynne religieuse czyli zakonnica powstało w 1856 r w paryskiej kawiarni Frascati. Składa się z dwóch ptysiów wypełnionych kremem cukierniczym o czekoladowym lub kawowym smaku i polanych czekoladą lub polewą kawową. Głowa i brzuszek sklejone są delikatnym, maślanym kremem.


Oto słynna opera,która powstała na cześć aktorów paryskiej Opery Garnier. W 1955 r. C. Gavillon stworzył to dzieło doskonałe dla słynnej cukierni Dalloyau. Ciasteczko to ma trzy warstwy orzechowego biszkoptu nasączonego kawowym syropem, przełożone jest kawowym kremem maślanym i polane błyszczącą glazurą z ciemnej czekolady.




I jak Wam się podobało?

DZIĘKUJĘ ZA ODWIEDZINY!

13 listopada 2015

Tarta pomarańczowa z bezą

 Gdy natknęłam się na ten przepis wiedziałam, że muszę go wypróbować. Wraz z jesienną aurą pomarańcze coraz częściej wdzierają się do mojego domu. Jestem, co prawda, miłośniczką tarty cytrynowej, ale wariant pomarańczowy wydaje mi się równie kuszący. Poza tym na Salon du Chocolat kupiłam butelkę Grand Marnier, miałam więc pretekst by ją otworzyć.
Jak będzie widać na moich zdjęciach dość grubo rozwałkowałam ciasto, przez co tarta nie wyszła dość finezyjnie, ale i tak w całości zniknęła ;))
Życzę miłej zabawy przy pieczeniu!

Składniki

na ciasto

110 gr masła
1 jajo
200 gr mąki
80 gr cukru pudru
20 gr mielonych migdałów

na krem

5 pomarańczy (200 ml wyciśniętego soku)
4 jaja
80 gr masła
100 gr cukru 

na włoską bezę

 50 gr białek
125 gr drobnego cukru

Przygotowanie

Robię ciasto. Siekam masło i szybko zagniatam wszystkie składniki. Formuję kulę i chłodzę 1 godzinę w lodówce.
Robię krem. Ocieram skórkę z jednej pomarańczy i wyciskam ze wszystkich sok. W misce mieszam całe jaja z cukrem. Podgrzewam sok pomarańczowy z masłem. Gdy się zagotuje zdejmuję z ognia i wlewam na jajka ciągle mieszając. Wlewam wszystko znów do garnka, stawiam na niewielkim ogniu i mieszam nieustannie do pierwszych bąbelków czyli do momentu, gdy masa zacznie się gotować. Przykrywam folią spożywczą i odstawiam do schłodzenia.
Piekarnik nagrzewam do 180 stopni.
Wyjmuję ciasto z lodówki. Rozwałkowuję i wylepiam nim płaską formę do tart. Nakłuwam dno widelcem i wstawiam na 30 minut do pieczenia. Wyjmuję, studzę i wlewam na nie masę pomarańczową.
Pora na bezę. Do jej przygotowania przydatny jest termometr. Do garnka wlewam 80 ml wody, wsypuję cukier i gotuję syrop. W tym samym czasie ubijam białka. Gdy piana jest wciąż elastyczna ( nie może być zbyt długo ubijana bo robi się krucha) wlewam cukrowy syrop o temperaturze 115-120 stopni. Robię to powoli nieustająco ubijając pianę. Studzę nadal ubijając ( porządny robot kuchenny jest mile widziany).
Przekładam bezę do plastikowego rękawa cukierniczego. Wyciskam bezę na tartę. Można nałożyć ją szpatułką. Na koniec opalam bezę przy użyciu palnika i gotowe. Powodzenia i smacznego!